• Wpisów:8
  • Średnio co: 70 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 22:40
  • Licznik odwiedzin:1 443 / 635 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 


Ja nie wiem, może za dużo wymagam od M? Ale czy to za dużo, kiedy chcę z nim być na dobre i złe, a nie tylko na dobre? Sercowo czuję się jak w gimnazjum.
 

 


Chciałabym pozbyć się potrzeby atencji ludzi, których uważam za bliskich, a zdecydowanie nie są mi tacy.
 

 
Im dłużej mieszkam w Toruniu, tym bardziej brzydnie mi codzienność tego miasta.
 

 
Jedni pogadują o pierścionkach zaręczynowych, imionach dzieci czy planach na przyszłość, a moje kochanie woli praktyczne rozwiązania. M zakupił dziś, sam z siebie (!), wagę kuchenną, bo ja marudzę, że nie mam, a on stwierdził, że będzie zbierał sprzęty i gadżety do naszego przyszłego wspólnego mieszkania.
A ja wolę takiego praktycznego faceta.
Kocha mnie chyba jednak.

Jak to jest, że ludzie, którzy wmawiali mi, że miłość na odległość nie ma sensu, nagle gdzieś znikli, kiedy ta niemożliwa miłość ciągle trwa?
 

 

Podjęłam dziś decyzję emocjonalnego odcięcia się od rodziców.

Męczy mnie to, że wszystkie negatywne sprawy, które oni tworzą, są przelewane bezpośrednio na mnie. Nie znoszę tego uczucia, kiedy jedno narzeka mi na drugie i oczekuje potwierdzenia swoich uwag w moich oczach. Nienawidzę, kiedy jedno i drugie zmusza mnie, do poświęcania uwagi tylko im, albo obrusza się, że tego nie robię.
Nie chcę przyjeżdżać do domu raz na miesiąc/dwa i wysłuchiwać tego wszystkiego.

Nie cieszymy się swoją obecnością, tylko nalegamy. Ja na święty spokój i oddech od codzienności, oni na przypływ miłości skierowanej tylko do nich.
Odkryłam, jak chora jest ta relacja, skoro tylko jestem w domu mama tak zakręci, że odwołuję wszystkie spotkania, które mam zaplanowane.
Dlaczego to robię? Bo mam poczucie winy, że przyjeżdżając do domu tak rzadko, spędzam czas ze znajomymi, zamiast z rodziną.
Pewnie ktoś może uznać to za normalną kolej rzeczy, ale problem tkwi w tym, że od ponad roku spotkania ze znajomymi mam ograniczone do minimum, a moje poczucie winy aktywuje się już wtedy, kiedy przemknie mi przez głowę myśl o spotkaniu się z kimś.

Odcinam się, tylko na jak długo?
Czuję, że to dobra decyzja. Ja tam nie pomogę, nie rozwiążę ich spraw, nie naprawię ich czynów i nie będę szczęśliwa będąc głową ciągle tam, zamiast tu.

Boli mnie to bardzo, ale muszę zaopiekować się sama sobą, żeby nie stracić siebie tak, jak oni stracili siebie. Bez pogodzenia mojego życia z moją własną głową, nigdzie nie wskóram nic dobrego.
 

 
Życie weryfikuje oczekiwania.
 

 
Marzy mi się określić kiedyś siebie jakąś spokojną, gładką i uporządkowaną definicją.
Bez tego ciągłego rozedrgania, przejmowania, rozpamiętywania i rozdrapywania złego.

".. i choć na dole świat to był żart, to w tym mrowisku daleko tam.."
 

 
Czuję się tak bezradna, że zaniedbuję rzeczy, na które mam realny wpływ.
Generalnie ogarnął mnie wdupizm.